Heat 83 - Lakers 93

0

Los Angeles Lakers, jak nikt inny w tej chwili w NBA, potrafią wykorzystać przewagę własnego parkietu. Wczorajszej nocy odnieśli prawdopodobnie najbardziej imponujące zwycięstwo w tym sezonie, pokonując w Staples Center jednego z głównych kandydatów do tytułu mistrzowskiego Miami Heat 93-83. Lakers wygrali u siebie po raz ósmy z rzędu a także po raz siedemnasty w tym sezonie. Żadna inna drużyna w lidze nie ma na swoim koncie tylu zwycięstw na własnym terenie. Dzięki kolejnej wygranej, Lakers umocnili się na czwartej pozycji w Konferencji, a ich oddech na plecach czują już LA Clippers.

W pierwszej fazie sezonu Jeziorowcy nie prezentowali się nawet na tyle dobrze, by można było powiedzieć, że awans do Playoffs będzie dla nich formalnością, jak w poprzednich latach. Z tygodnia na tydzień podopieczni Mike'a Browna grają jednak co raz lepiej i można już chyba powiedzieć, że widmo braku awansu do rozgrywek posezonowych zniknęło z horyzontu całkowicie. Kobe Bryant nie zadowoli się jednak takim małym sukcesem i nie wyłączył jeszcze myślenia o Lakers, jako drużynie mogącą walczyć o najwyższe cele. Problem polegał na tym, że w żadnym z dotychczas rozegranych spotkań Lakers nie wyglądali na taki zespół. Przegrywali z wszystkimi drużynami, o których mówi się najczęściej w kontekście mistrzostwa, tj. Chicago Bulls, Miami Heat, Oklahoma City Thunder. Nie przegrali tylko z San Antonio Spurs, bo taki mecz się po prostu jeszcze nie odbył.

Wczoraj doszło jednak do rewanżu za porażkę 87-98 poniesioną na Florydzie 19 stycznia i Lakers rozegrali z taką zaciekłością, zaangażowaniem i skupieniem, jak w żadnym innym meczu. Owszem, Miami grało w osłabieniu, bez swojej trzeciej strzelby Chrisa Bosha. Dodatkowo kończyli mecz bez Dwyane'a Wade'a, który wyleciał z parkietu za sześć fauli, a w samej końcówce LeBron James lekko podkręcił nogę. Nie ma co udawać, że nie miało to wpływu na postawę Heat, bo zwłaszcza brak Bosha był bardzo odczuwalny, ale nawet te czynniki łagodzące nie zmieniają jednak faktu, że Jeziorowcy rozegrali świetnie spotkanie, w którym nadawali tempo od samego początku, do jego końca. Najbardziej znamienne jest to, że pomimo relatywnie niskiego wyniku i małej przewagi punktowej z jaką Lakers wygrali, to Miami w tym meczu prowadziło tylko raz, jednym punktem, na początku pierwszej kwarty. A gdy w którymś momencie udawało im się już zmniejszyć straty, jak w trzeciej kwarcie do dwóch oczek, to Lakers błyskawicznie przychodzili z odpowiedzią, odskakując     znowu na bezpieczny dystans.

Przewaga gospodarzy uwidoczniła się już na samym początku spotkania i trwała nieprzerwanie do samego końca. Fenomenalnie mecz rozpoczął Kobe Bryant, który trafił pierwsze pięć rzutów z gry, a broniący przeciwko niemu Dwyane Wade w żaden sposób nie potrafił mu przeszkodzić. Pierwszą kwartę Bryant zakończył z dorobkiem 18 punktów (8/10 z gry), czyli o dwa oczka mniej niż cały zespół Miami. Trener gości Erik Spoelstra zareagował na to oddelegowaniem do obrony przeciwko Kobemu Shane'a Battiera. Zabieg ten przyniósł spodziewany efekt i w drugiej kwarcie Kobe nie zdobył żadnych punktów z gry, ale oddał też zaledwie jeden rzut. Więcej po prostu nie musiał bo świetną zmianę dał Andrew Goudelock, który zdobył w tej części spotkania 7 punktów, kolejne 6 dodał Andrew Bynum, a Metta World Peace zakończył pierwszą połowę zdobyciem 7 punktów z rzędu.

Drugą połowę, w miejsce Udonisa Haslema, zaczął od razu Battier, który swoją świetną defensywą na Kobem, zmuszał Lakers do korzystania z innych opcji w ataku. Na szczęście dla Mike'a Browna, swój najlepszy mecz w sezonie rozgrywał Metta World Peace, który wsparł w ofensywie Bynuma i Gasola, którzy również wykonywali niezłą robotę, podczas gdy Bryant miał ograniczone pole popisu. W pewnym momencie Heat zaczęli jednak odrabiać straty i gdy zmniejszyli dystans na 58-60, zaczęło się robić gorąco. Gości natychmiast jednak ostudził fenomenalny tego wieczoru World Peace, celnym trafieniem za trzy punkty. Do końca trzeciej kwarty dodał jeszcze cztery punkty, celną trójkę dołożył Steve Blake i przed ostatnią ćwiartką Lakers znowu prowadzili 71-62.

Przed drugą i trzecią kwarty Kobe pozostawał niemal niewidoczny, dodając w tym czasie do swoich 18 punktów z pierwszej kwarty, tylko 6 oczek. W decydujących minutach spotkania Bryant był jednak znowu nie do zatrzymania i wówczas obrona Battiera nie robiła już na nim żadnego wrażenia. Kobe raz po raz trafiał przy dobrej defensywie Heat i zdobywając 9 punktów zabezpieczył zwycięstwo Lakers, przed nieoczekiwanym wymsknięciem się im z rąk. Na posterunku był również Derek Fisher, który rozgrywał fatalny mecz i miał ogromne problemy z faulami, a w ostatnich dwóch minutach zdobył ważne 4 punkty, które były zarazem całym jego dorobkiem z tego meczu.

Grając bez Chrisa Bosha, Heat prezentowali się beznadziejnie pod koszem i przegrali na tablicach 35-44, nie mając również żadnej odpowiedzi na Gasola i Bynuma. Co ciekawe po niecelnych rzutach z dystansu, często piłka ponownie lądowała w ich rękach i zebrali na atakowanej tablicy aż 18 piłek, ale nie potrafili też zamieniać ich na punkty drugiej szansy. Warto również podkreślić, że Miami to najlepiej trafiająca za trzy drużyna w NBA (40,4%), a w tym spotkaniu trafili zaledwie 7 razy na 24 próby. Lakers nie wypadli wcale lepiej w tym elemencie gry, ale za to regularnie dostarczali punkty z bliższej odległości, podczas gdy Heat i z tym mieli problemy. Gospodarze trafili blisko połowę oddanych rzutów z gry (49,3), a goście z Florydy zaledwie 37,5%.

Mimo dużej presji ze strony obrony Heat, Kobe Bryant ukończył mecz z bardzo dobrą, ponad 60-procentową skutecznością, która zapewniła mu 33 punkty. Był to dla Bryanta już trzeci mecz z rzędu w ochronnej masce, po tym jak nos złamał mu Dwyane Wade, w trakcie All-Star Game. Presja ze strony Battiera poskutkowała również tym, że właściwości ochronne maski zostały wystawione na próbę. „Kilkakrotnie dostałem w twarz w trakcie meczu i bolało nawet pomimo maski.” – przyznał Kobe. Wspomniany wcześniej wielokrotnie Metta World Peace, w swoim najlepszym występie w tym sezonie uzyskał 17 punktów, 7 zbiórek, 3 asysty, 4 przechwyty, a to wszystko doprawione niezłą defensywą na LeBronie Jamesie. Andrew Bynum dodał 16 punktów, 13 zbiórek i 4 bloki, a Hiszpan Pau Gasol 11 punktów i 10 zbiórek. „Zagraliśmy świetne spotkanie. Myślę, że sprostaliśmy ich energii i fizyczności, którą pokonali nas w Miami.” – dodał Bryant.

Po trzech meczach z rzędu w hali Staples Center, które Lakers naturalnie wygrali, czeka ich teraz seria trzech spotkań wyjazdowych. Będą to kolejno Detroit Pistons, Washington Wizards i Minnesota Timberwolves, z których tylko ci ostatni są drużyną, która nie ma na swoim koncie więcej porażek niż zwycięstw. Lakers pokonali Wolves niespełna tydzień temu, ale wówczas grali oni bez swojego najlepszego zawodnika Kevina Love'a. Na własnym parkiecie i w pełni sił, Leśne Wilki sprawią zapewne więcej problemów Jeziorowcom. Tak czy inaczej jest to obiektywnie łatwa seria i przed Lakers stoi doskonała szansa na poprawienie bilansu spotkań wyjazdowych (6-12). Pierwszy mecz już jutro w Detroit.

Logowanie
Konferencja zachodnia
WP%GBSeriaDW
1Suns6418.7800.01
2Grizzlies5626.6838.01
3Warriors5329.64611.05
4Mavericks5230.63412.04
5Jazz4933.59815.01
6Nuggets4834.58516.01
7Timberwolves4636.56118.01
8Pelicans3646.43928.02