Timberwolves 85 - Lakers 104

0

Kobe Bryant przeszedł wszystkie testy mające na celu potwierdzenie, że nie występują u niego żadne objawy typowe dla wstrząśnienia mózgu i został jednak dopuszczony do gry. Minnesota Timberwolves nie mieli już takiego szczęścia i musieli sobie radzić bez swojego najlepszego gracza  Kevina Love'a, którego z gry wyłączył nagły atak grypy. Kobe wystąpił zaś w specjalnej ochronnej masce i pomimo dyskomfortu z tym związanego, rozegrał świetne zawody. Zdobył 31 punktów, 7 zbiórek i 8 asyst, prowadząc Lakers do pewnego zwycięstwa 104-85.

Był to dopiero drugi mecz Jeziorowców w tym sezonie, w którym zdobyli powyżej 100 punktów, przy jednoczesnym zatrzymaniu rywala poniżej 90. Wcześniej ta sztuka udała im się tylko w konfrontacji z Charlotte Bobcats, czyli drużyną, która legitymuje się najgorszym bilansem w lidze (4-29). Jeszcze rok temu to Wolves okupowali ostatnią pozycję w klasyfikacji NBA, ale po tym jak do składu dołączyli debiutanci Ricky Rubio i Derrick Williams, a niesamowity rozwój zanotował Nikola Pekovic, drużyna z Minneapolis niespodziewanie włączyła się do walki o Playoffs. Przed spotkaniem z Lakers, Leśne Wilki miały na swoim koncie 18 zwycięstw i tyleż samo porażek, więc gdyby zakończyli sezon z wynikiem 50% wygranych, byłby to dla nich pierwszy taki sezon od ośmiu lat. Bez Kevina Love'a, Timberwolves nie są jednak dużo lepsi od Bobcats i Lakers mieli w tym meczu wyjątkowo ułatwione zadanie.

Dość powiedzieć, że w jego braku należy doszukiwać się głównych przyczyn tak wysokiej porażki z Lakers. Jeziorowcy całkowicie zdominowali grę w polu trzech sekund, zdobywając w pomalowanym 54 punkty, przy 40 ze strony gości. Może w zestawieniu statystycznym liczby te nie pokazują wcale tak dużej przewagi Lakers w tym elemencie gry, ale Wolves poprawili się znacznie  w ostatnich minutach meczu, gdy jego rezultat był już rozstrzygnięty. Wcześniej, gdy jeszcze można było mówić o jakiejkolwiek rywalizacji, dominacja Jeziorowców była wyraźniejsza. Tak naprawdę, w żadnym momencie gry, rywalizacji jednak nie było. Od chwili zdobycia pierwszych punktów przez Mettę World Peace'a, Lakers albo prowadzili, albo na tablicy widniał remis, ale ten na 6-6 na początku pierwszej kwarty był ostatnim, jaki uświadczyliśmy tej nocy. Od tamtego momentu przewaga była wyłącznie po stronie podopiecznych Mike'a Browna, a w kulminacyjnym punkcie osiągnęła nawet 27 punktów.

Trener Brown nie pozostawił jednak suchej nitki na swoich graczach rezerwowych, którzy w czwartej kwarcie pozwolili rywalom zmniejszyć dystans do 19 oczek i dla pewności, na sześć minut przed końcem do gry musiał powrócić Kobe Bryant. Lider Lakers zdobył 6 punktów, kolejne 4 dodał Andrew Bynum i cała pierwsza piątka, ostatnie dwie minuty mogła już ze spokojem obserwować z ławki rezerwowych, podczas gdy szansę na rozprostowanie nóg dostali Jason Kapono, Devin Ebanks czy Josh McRoberts, czyli gracze, których w ostatnim czasie widujemy na parkiecie albo sporadycznie, albo nie widujemy ich wcale.

Ostatecznie Kobe rozegrał jedno z najkrótszych spotkań w tym sezonie, grając przez niespełna 33 minuty. Wcześniej mniej czasu na parkiecie spędził tylko w wygranych meczach z Utah Jazz (96-71, 27 grudnia) i wspomnianymi wcześniej Charlotte Bobcats (106-73, 31 stycznia). Kwestia założenia ochronnej maski została oddana do samodzielnej decyzji Bryanta i po wypróbowaniu jej podczas przedmeczowej rozgrzewki, najwyraźniej uznał, że nie będzie mu ona przeszkadzać w skutecznej grze. „Kobe to Kobe. Wątpię by kiedykolwiek chciał odpoczywać od gry. Gdyby miał złamane obie nogi, to powiedziałby, »Usztywnijcie jedną, przyszyjcie drugą i grajmy«.” – powiedział Mike Brown.

Na szczególne słowa uznania zasługuje wynik 30 asyst, jakie uzbierali wspólnymi siłami zawodnicy Lakers. Jest to bowiem wyjątkowo rzadki widok w tym sezonie, a Jeziorowcy notują średnio 20,8 asysty w meczu, co daje im dopiero 16 miejsce w lidze, jedno z najgorszych wśród drużyn, które legitymują się dodatnim bilansem. Co prawda, oprócz Bryanta, tylko Andrew Bynum i Pau Gasol dobili do poziomu double-figures w punktach, ale za to jeszcze pięciu zawodników dodało przynajmniej 7 oczek. Byli to Derek Fisher, Metta World Peace, Steve Blake, Troy Murphy i Matt Barnes. Do tego każdy z tych graczy dołożył cegiełkę w postaci skutecznej postawy w innych elementach gry. Barnes zebrał 8 piłek, w tym aż 4 na atakowanej tablicy, a Murphy dołożył kolejne 6 zbiórek. Blake i World Peace dodali z kolei po 5 asyst, a Fisher 3 zbiórki i 3 asysty.

Hiszpan Pau Gasol był drugim strzelcem zespołu z liczbą 15 punktów na swoim koncie, ale zebrał za to tylko 5 piłek. Nawet bez jego pomocy Lakers wygrali jednak walkę na tablicach. Zaskakującym faktem jest to, że za każdym razem, gdy Gasol zbiera nie więcej niż 6 piłek, to Jeziorowcy wygrywają, co miało miejsce czterokrotnie w tym sezonie. Świadczy to jednak o tym, że w swoich szeregach Jeziorowcy mają wielu świetnych zbierających i nie bez powodu zbierają średnio 45,7 piłek na mecz, co stanowi najlepszy wynik w całej NBA. Andrew Bynum dodał 13 punktów i 13 zbiórek, co stanowi jego 22 drugie double-double w tym sezonie, co jest od dziś również najlepszym wynikiem w całej karierze.

Logowanie
Konferencja zachodnia
WP%GBSeriaDW
1Warriors5725.69501
2Nuggets5428.65931
3Blazers5329.64643
4Rockets5329.64641
5Jazz5032.61071
6Thunder4933.59885
7Spurs4834.58593
8Clippers4834.58591