Pacers 98 - Lakers 96

0

Hala Staples Center nie jest już dłużej twierdzą nie do zdobycia dla rywali Los Angeles Lakers. Po dziewięciu zwycięstwach z rzędu przed własną publicznością Jeziorowcy ulegli Indianie Pacers 96-98. Była to trzecia porażka z rzędu dla Lakers, a także czwarta w ostatnich pięciu meczach. Pacers wygrali zaś po raz jedenasty w piętnastu z dotychczasowych gier i robią furorę na Wschodzie, zaliczając swój najlepszy start sezonu od rozgrywek 2003/2004.

Lakers zagrali znacznie lepiej niż w meczach z Miami Heat i Orlando Magic, choć Indiana to słabsza od nich drużyna, ale tylko jeśli weźmiemy pod uwagę przepowiednie przedsezonowe. Pacers ex aequo z Orlando dzierżą bowiem drugi bilans w Konferencji Wschodniej, wyprzedzając  właśnie Miami. Po tym jak w trzech poprzednich meczach Lakers nie przekroczyli nawet 90 punktów, dziś ta sztuka im się udała, ale wciąż było to za mało żeby odnieść zwycięstwo. W tym sezonie zaledwie raz zespół Mike'a Browna przekroczył granicę 100 oczek, a obecna seria meczy bez osiągnięcia tego pułapu wynosi już 11 gier z rzędu i jest ona najdłuższa od sezonu 2003/2004, gdy Jeziorowcy zanotowali 12 takich spotkań.

Tradycyjnie Lakers pudłowali rzuty trzypunktowe (2/9), podczas gdy rywale trafiali trójki jedną po drugiej (10/18). Do tego Jeziorowcy mieli również problemy ze znalezieniem drogi do kosza z bliższej odległości i zakończyli mecz na kiepskiej, niespełna 42-procentowej skuteczności. Podopieczni Mike'a Browna nie potrafili również wykorzystać nadmiernej liczby fauli ze strony Indiany i spudłowali aż 11 z 33 rzutów wolnych, co było dla nich wyjątkowo bolesne, biorąc pod uwagę nikłą różnicę z jaką przegrali to spotkanie.

O przegranej przesądziła jednak źle rozegrana końcówka meczu, w której roiło się od błędów po stronie Lakers. Na minutę i 57 sekund przed końcową syreną, po rzucie Dereka Fishera gospodarze prowadzili 94-91, ale od tego momentu nic już nie wychodziło im w ataku. Dystans do jednego punktu zmniejszył Roy Hibbert, na co Pau Gasol odpowiedział niecelnym rzutem. Chwilę później Pacers prowadzili już 95-94 po świetnym ścięciu pod kosz w wykonaniu najniższego na parkiecie Darrena Collisona. Lakers mieli jeszcze mnóstwo czasu by przesądzić o wyniku spotkania na swoją korzyść, ale najpierw Matt Barnes nie wykorzystał dobrej pozycji trzypunktowej, a następnie akcję zepsuł Derek Fisher, czymś co było albo przestrzelonym rzutem albo niecelnym podaniem do Andrew Bynuma.

Tak czy inaczej na osiem sekund przed końcem spotkania, wynik brzmiał nadal 95-94 dla gości z Indianapolis i jedyne co Lakers pozostało to faulować. Padło na Darrena Collisona, który rzadko się myli na linii rzutów wolnych i tak było i tym razem. Collison podwyższył na 97-94, ale Jeziorowcy nadal mieli osiem sekund na doprowadzenie do remisu. Piłka powędrowała oczywiście w ręce Kobego Bryanta, ale był on zmuszony oddawać rzut z trudnej pozycji i choć w swojej karierze nie raz już przesądzał o zwycięstwach bardziej ekwilibrystycznymi rzutami, to tym razem ta sztuka mu nie wyszła. Trudno mieć o to do niego pretensje, a jeśli już to do trzech poprzednich akcji, gdy zamiast rzucać, oddawał piłkę kolejno do Gasola, Barnesa i Fishera, i żaden z nich nie potrafił zdobyć punktów.

W każdej porażce można jednak zauważyć pewne pozytywne aspekty. Na pochwałę zasługuje na pewno uwaga z jaką Lakers rozgrywali piłkę. Dzięki temu zanotowali tylko 8 strat i to już po raz drugi z rzędu. Jeszcze do niedawna tracili po 17 piłek w meczu, będąc jedną z czołowych drużyn w NBA w tej kategorii. W końcu przebudziła się również ławka rezerwowych, której po raz pierwszy od 8 stycznia przekroczyła 20 punktów w meczu (dokładnie 21), co jest oczywiście śmiesznym wynikiem, biorąc pod uwagę, że Lamar Odom i Shannon Brown zdobywali w poprzednim sezonie więcej we dwójkę, ale nie brakowało w tym sezonie meczów, w których drugi garnitur Lakers nie potrafił przekroczyć nawet 10 oczek.

W końcu przebudził się ten, który najbardziej zawodzi w tym sezonie, czyli Metta World Peace, który w końcu przerwał serię jedenastu spotkań z rzędu, w których nie potrafił zdobyć więcej niż siedem punktów. Tym razem uzbierał ich 11, trafiając 5 z 9 rzutów z gry i zaliczając kilka udanych zagrań w defensywie, w tym świetne uratowanie piłki przed autem po własnym przechwycie.

Najskuteczniejszym graczem w zespole był Kobe Bryant, ale ponownie zbyt wiele od niego zależało w ofensywie Lakers. Kobe zdobył 33 punkty, ale potrzebował na to aż 30 rzutów z gry (trafił 14). Do tego dodał 4 asysty i 8 zbiórek, ale mimo to Jeziorowcy i tak przegrali walkę na tablicach 43-50. Po tyle samo zbiórek dodali Andrew Bynum i Pau Gasol. Ten pierwszy dodał do tego 16 punktów, ale po raz kolejny miał problemy z faulami. Hiszpan z kolei był najlepszym asystującym na parkiecie, z liczbą 10 podań otwierających drogę do kosza, ale znowuż miał problemy z celnością i trafił tylko 4 z 12 rzutów, co dało mu tylko osiem punktów. Matt Barnes dodał 14 punktów, 5 zbiórek i 2 przechwyty, ale to wszystko było za mało na bardziej zbilansowany atak Pacers, dla których aż sześciu graczy zanotowało double-figures w punktach, a kolejne 9 oczek dodał jeszcze Dahntay Jones.

Logowanie
Konferencja zachodnia
WP%GBSeriaDW
1Suns6418.7800.01
2Grizzlies5626.6838.01
3Warriors5329.64611.05
4Mavericks5230.63412.04
5Jazz4933.59815.01
6Nuggets4834.58516.01
7Timberwolves4636.56118.01
8Pelicans3646.43928.02