Mavericks 70 - Lakers 73

0

Po niemiłych dla oka trzech kwartach i emocjonującej czwartej, Los Angeles Lakers po raz kolejny obronili swój parkiet i odnieśli dziewiąte zwycięstwo w Staples Center w tym sezonie. Tym razem padło na mistrzów NBA, Dallas Mavericks, na których Jeziorowcy zrewanżowali się za majową porażkę 0-4 w Playoffs. O zwycięstwie 73-70 przesądziły punkty Dereka Fishera, który trafił za trzy punkty na trzy sekundy przed końcem meczu.

Pod względem statystycznym jest to najgorszy sezon w wykonaniu Fishera od sezonu 1997/1998, który był jego drugim w NBA. Derek jest za wolny, żeby skutecznie bronić rywali, co prezentuje już od kilku sezonów, ale do tego dołożył znaczny spadek formy w tym, co zawsze było jego najmocniejszą stroną, czyli rzucie. W czternastu meczach poprzedzających potyczkę z Dallas, trafił tylko 33,8% rzutów z gry i 20% rzutów trzypunktowych, co w obu tych wskaźnikach stanowi najgorszy wyniki w karierze Fishera. Tym występem udowodnił jednak, że nadal ma coś, czego może mu pozazdrościć większość zawodników, czyli umiejętność trafiania ważnych rzutów.

Przy stanie 70-70 piłka była po stronie Lakers i mieli oni całe 9 sekund na to by przechylić szalę zwycięstwa na swoją korzyść. W takich warunkach piłka najczęściej ląduje w rękach Kobego Bryanta i tak było i tym razem, ale lider Lakers wykorzystał fakt, że dopadło do niego dwóch obrońców Mavericks i oddał ją do niekrytego Fishera. Reszta jest już historią. Zasługi 37-letniego obrońcy Lakers nie kończą się jednak na trafionym game winnerze. Wcześniej, gdy Jeziorowcy mieli wielkie problemy ze znalezieniem drogi do kosza, Derek zdobył 6 punktów z rzędu, po których zespół gospodarzy objął prowadzenie 64-59 na niespełna pięć minut przed końcem meczu.

Tę pięciopunktową przewagę Lakers szybko roztrwonili i niewiele brakowało, a zaszła by konieczność rozegrania dogrywki, ale to właśnie od serii Fishera Jeziorowcy zaczęli grać z energią, której brakowało im przez większość spotkania. W całym meczu Derek zdobył 13 punktów (najwięcej w sezonie), oraz zanotował 3 zbiórki, 2 asysty i 3 przechwyty.

Zanim jednak nastąpiło ostatnie sześć minut meczu, które Lakers zaczęli od serii 10-0, męczyli się z obecnymi mistrzami NBA niemiłosiernie, choć ci wyglądali jakby swojego mistrzowskiego ducha zostawili w Teksasie. Trzeba uczciwie przyznać, że było to wątpliwej jakości widowisko i z pewnością nie przypominało to rywalizacji dwóch drużyn, które wygrywały ligę w ostatnich dwóch sezonach, a już na pewno nie, jakby mieli walczyć o to w tym sezonie. Defensywa obydwu zespołów prezentowała się całkiem nieźle, jednak nie była ona na tyle żelazna bu usprawiedliwić tak niski wynik i skuteczność rzutów z gry, która wyniosła odpowiednio: 35% w przypadku Mavericks i 38,2% w przypadku Lakers.

Kobe Bryant w niczym nie przypominał gracza, który w czterech ostatnich meczach zdobywał średnio 43 punkty i trafił 61 razy na 121 rzutów. Tym razem trafił tylko 7 razy na 22 prób, a do jego poziomu dostosowali się zarówno partnerzy z zespołu jak i rywale. Spotkanie było więc usłane niecelnymi rzutami, czy wręcz niedolotami, a także mnóstwem strat po obu stronach, czy też zawstydzającymi siedmioma punktami, które były całym dorobkiem Lakers w trzeciej kwarcie meczu. Żadna z drużyn nie potrafiła jednak wykorzystać błędów rywali, co w efekcie doprowadziło do emocjonującej końcówki rodem z Playoffs, która nieco zatarła negatywny wydźwięk z trzech nieciekawych kwart meczu.

Bryant zakończył więc serię czterech spotkań z rzędu, w których notował minimum 40 oczek i tym razem zdobył zaledwie 14 punktów, czyli najmniej w tym sezonie. Dodał jednak do tego najwięcej w zespole, 7 asyst oraz 4 zbiórki i 3 przechwyty. Najjaśniejszą postacią w drużynie był Andrew Bynum, który zdobył 17 punktów i dominował na tablicach z 15 zbiórkami na swoim koncie. Swoją słabą formę z ubiegłorocznych Playoffs kontynuował zaś ten, który był jedną z głównych przyczyn porażki 0-4, a mianowicie Pau Gasol. Hiszpan trafił tylko 3 z 11 rzutów z gry i rozegrał najgorszy mecz w tym sezonie, zakończony z dorobkiem 8 punktów i 6 zbiórek. Do profilu gry świetnie wpasował się również Metta World Peace pudłując 6 razy na 7 prób, natomiast z ławki naprawdę niezłą zmianę dał Josh McRoberts, choć jego statystyki (7 punktów, 5 zbiórek) mogą nie do końca to oddawać.

Pikanterii tej konfrontacji dodawał fakt, że był to pierwszy raz, gdy przeciwko Lakers zagrał Lamar Odom, którego Lakers oddali, po tym jak nie udał się jego transfer do Hornets za Chrisa Paula. Dzięki temu Odom wychodził na parkiet z dodatkową motywacją, ale ten sezon nie jest dla niego udany i Lakers też wielkiej krzywdy nie wyrządził, trafiając tylko 4 z 12 rzutów z gry.

Najskuteczniejszy po stronie gości był tradycyjnie Dirk Nowitzki, który zdobył 21 punktów oraz zebrał 7 piłek. Ale oprócz niego tylko Lamar osiągnął pułap 10 oczek, a trio Jason Kidd, Shawn Marion i Jason Terry, spudłowało łącznie 22 z 29 rzutów. Z dobrej strony zaprezentował się rezerwowy center Ian Mahinmi (9 punktów, 10 zbiórek), ale był to obok Nowitzkiego jedyny zawodnik Mavs, który może być zadowolony ze swojego występu.

Logowanie
Konferencja zachodnia
WP%GBSeriaDW
1Suns6418.7800.01
2Grizzlies5626.6838.01
3Warriors5329.64611.05
4Mavericks5230.63412.04
5Jazz4933.59815.01
6Nuggets4834.58516.01
7Timberwolves4636.56118.01
8Pelicans3646.43928.02