Suns 83 - Lakers 99

0

Choć na starcie sezonu Lakers mają jeden z najbardziej napiętych grafików w NBA, to na osłodę, większość spotkań rozgrywają przed własną publicznością. I właśnie tej przewadze zawdzięczają swoje wszystkie dotychczasowe zwycięstwa. Wczorajszej nocy dopisali do swojego dorobku wygraną numer siedem, pokonując Phoenix Suns 99-83. Było to ich trzecie zwycięstwo z rzędu, a zarazem siódme z rzędu na parkiecie hali Staples Center.

Z bilansem 7 zwycięstw i 4 porażek, Lakers po raz pierwszy w tym sezonie objęli przewodnictwo w Pacific Division i gdyby dziś zaczynały się Playoffy, to dzięki temu byliby rozstawieni z numerem trzecim w całej Konferencji Zachodniej. Nie biorąc zaś pod uwagę prowadzenia w swojej Dywizji, jest to w tej chwili czwarty bilans na Zachodzie, za plecami Oklahoma City Thunder, Portland Trail Blazers i Utah Jazz.

Tradycyjnie do zwycięstwa poprowadził drużynę Kobe Bryant, który po raz pierwszy w tym sezonie, a po raz 108 w swojej karierze, przekroczył barierę 40 punktów zdobytych w jednym spotkaniu. Bryant zakończył swój występ przeciwko Suns z dorobkiem 48 punktów, które zdobył, trafiając 18 z 31 rzutów z gry (58%) i 12 z 13 rzutów wolnych. Do tego dodał 5 zbiórek, 3 asysty i 3 przechwyty (najwięcej w sezonie). Dzięki temu wyczynowi, średnia punktowa Kobego wzrosła do 29,5 punktów na mecz, co w chwili obecnej daje mu drugi wynik w NBA za LeBronem Jamesem z Miami Heat, który zdobywa średnio po 29,7 punktów w meczu.

„Nie najgorzej jak na siódmego gracza w lidze.” – podsumował swój występ Kobe, odnosząc się do rankingu ESPN, 500 najlepszych graczy w NBA. „Jeśli gram źle, lub zaliczę taki występ jak z Denver, wszyscy mówią, żebym zmienił styl gry albo, że jestem za stary. Ale to był tylko zły mecz z powodu kontuzjowanego nadgarstka. Musiałem znaleźć sposób, by sobie z tym poradzić.” –
powiedział Kobe, który od wspomnianego meczu z Nuggets zdobywa średnio 36,2 punktu na mecz na skuteczności 51,4% z gry.

„On jest najlepszym graczem w NBA, więc musisz się liczyć z takimi występami w jego wykonaniu. Jeśli nie regularnie, to musisz być przygotowany na to, że przynajmniej kilka razy w sezonie.” – powiedział lider Phoenix Suns, Steve Nash. „Jeśli jemu nie przeszkadza kontuzjowany nadgarstek, to mnie też to nie obchodzi. Wszyscy robią z tego wielką sprawę, a on i tak zdobywa po 30 punktów na mecz. Więc dajmy już z tym spokój. Jest świetnym graczem, najlepszym indywidualnie w koszykówce i każdego wieczoru daje z siebie wszystko. Nie lubimy przegrywać z Lakers, ale trzeba przyznać, że zagrali dobry mecz, a Kobe zagrał niesamowicie.” – dodał Channing Frye.

Przez znaczną część spotkania, wyglądało ono jak typowy mecz Lakers w tym sezonie, tj. wynik balansował na granicy remisu, a jeśli już udało im się objąć wyższe prowadzenie, to za chwili je tracili. Wyłączając porażkę z Portland Trail Blazers, w każdym, z trzech pozostałych, przegranych spotkań Jeziorowcy byli bezradni w ostatnich minutach meczu. Tym razem nie stracili jednak koncentracji w kulminacyjnym punkcie spotkania i od stanu 83-82 na niespełna sześć minut przed końcem meczu zdobyli 10 punktów z rzędu przy zerowej odpowiedzi ze strony Suns. Passę gospodarzy przerwał jeszcze celnym rzutem wolnym Grant Hill, ale jak się później okazało był to już ostatni punkt jaki zdobyli tego wieczoru goście z Arizony. Kobe dołożył do tego jeszcze sześć oczek, a Lakers zakończyli występ serią 16-1, ustanawiając wynik meczu na 99-83. Sam Kobe Bryant zdobył aż 14 z tych 16 punktów całego zespołu Lakers, zaliczając m.in. dwa elektryzujące wsady, które z pewnością trafią do zestawienia dziesięciu najlepszych zagrań z wczorajszego dnia w NBA.

Phoenix Suns zaczęli to spotkanie w lepszym stylu i po ośmiu minutach gry prowadzili już nawet 19-10. Jak się jednak później okazało była to ich najwyższa przewaga w całym meczu. Do końca pierwszej kwarty Lakers zdążyli zdobyć 15 punktów z rzędu, podczas gdy Suns nie trafili nic i dzięki temu prowadzili przed drugą ćwiartką 25-19. Kolejną część meczu gospodarze rozpoczęli od powiększenia swojej przewagi do 10 oczek (33-23), ale tak szybko, jak ją uzyskali, tak szybko ją stracili i już na trzy minuty przed końcem pierwszej połowy to Suns byli znowu na prowadzeniu 38-37. Chwilę później Jeziorowcy ponownie odzyskali przewodnictwo, ale od tego momentu mecz miał już bardziej wyrównany przebieg i choć prowadzenie przechodziło jeszcze parę razy z jednej, na drugą stronę, to żadna z drużyn nie prowadziła wyżej niż różnicą 6 punktów. To jednak Lakers cały czas prezentowali się ciut lepiej, a Phoenix występowali w roli drużyny goniącej za wynikiem. Trwało to aż do połowy czwartej kwarty, gdy zespół gospodarzy w końcu wrzucił wyższy bieg i dzięki skutecznej obronie oraz fenomenalnej dyspozycji Bryanta w ataku, dobił drużynę Słońc.

Po tym, jak Lakers zaliczyli aż 27 strat w poprzednim meczu z Memphis Grizzlies, tym razem udało im się zredukować tę liczbę prawię o połowę, do 14 straconych piłek. Jeziorowcy tradycyjnie mieli jednak problemy z trafianiem zza łuku i trafili tylko 2 z 17 rzutów trzypunktowych. Lakers za to po raz kolejny zdominowali walkę na tablicach, zbierając 49 piłek przy 35 w odpowiedzi Suns. Dzięki temu umocnili się na pierwszej pozycji w lidze w zbiórkach i w tym sezonie zbierają średnio 46,9 piłki w meczu, a to wszystko bez Lamara Odoma, który był najlepszym zbierającym w ekipie Lakers w poprzednich sezonach.

Kobe nie wiele by jednak zdziałał gdyby nie wsparcie ze strony kolegów. Drugim strzelcem zespołu był Pau Gasol, który zdobył 16 punktów (7/13 z gry) i był najlepszym zbierającym z 12 zbiórkami na swoim koncie. Środkowy Andrew Bynum dodał tym razem tylko 12 punktów, 8 zbiórek i 2 bloki i po raz kolejny nie radził sobie w sytuacjach gdy zespół rywali go podwajał. Trzeba przyznać, że Lakers spisywali się w tym meczu znacznie lepiej, gdy Andrew przebywał na ławce rezerwowych, o czym może świadczyć chociażby wskaźnik +/-. Z Bynumem na parkiecie Lakers zdobyli o 18 punktów mniej niż Suns. Oprócz wspomnianej trójki nikt w zespole Mike'a Browna nie przekroczył już granicy 10 punktów, ale każdy mniej, lub bardziej dołożył swoją cegiełkę do tego zwycięstwa. Po dwóch świetnych występach z rzędu, Matt Barnes przycichł w ofensywie (4 punkty), ale nadrobił to 7 zbiórkami i 7 asystami. W ataku nie błyszczał również najlepszy strzelec z ławki, czyli Steve Blake (3 punkty), ale był za to najlepszym podającym z liczbą 8 podań, po których koledzy zdobywali punkty. Swój najdłuższy mecz w sezonie rozegrał Luke Walton (26 minut) i on również udowodnił, że wciąż może być pożytecznym dla zespołu graczem. Jego dorobek to 6 punktów, 8 zbiórek i 3 asysty. Z nienajlepszej strony pokazali się jedynie Derek Fisher i Andrew Goudelock. Ten pierwszy prezentował się znacznie gorzej od swojego zmiennika Steve'a Blake'a i trener Brown skrócił jego czas gry do zaledwie 19 minut. Debiutant Goudelock spędził zaś na parkiecie 9 minut, w trakcie, których zdążył popełnić dwie głupie straty i przestrzelić trójkę. Nie miało to jednak żadnego przełożenia na rezultat spotkania.

Po stronie Suns brylował Polak Marcin Gortat, który w 35 minut zdobył 16 punktów (7/13 z gry) i zebrał 12 piłek. Channing Frye dodał 17 punktów, a Steve Nash 13 punktów i 8 asyst. Dobrą zmianę dał również znany i lubiany przez fanów Lakers Shannon Brown, który w 18 minut zdążył zapisać na swoim koncie 11 oczek.

Lakers nie mają tym razem chwili oddechu przed kolejnym meczem i już dziś ponownie wyjdą do pracy przeciwko Utah Jazz, który zostanie rozegrany na terenie rywala w Salt Lake City.

Logowanie
Konferencja zachodnia
WP%GBSeriaDW
1Suns6418.7800.01
2Grizzlies5626.6838.01
3Warriors5329.64611.05
4Mavericks5230.63412.04
5Jazz4933.59815.01
6Nuggets4834.58516.01
7Timberwolves4636.56118.01
8Pelicans3646.43928.02