Grizzlies 82 - Lakers 90

0

Los Angeles Lakers odnieśli szóste zwycięstwo w sezonie, pokonując na własnym parkiecie Memphis Grizzlies 90-82. Podobnie jak w poprzednim spotkaniu z Golden State Warriors, wynik był jednak lepszy od samej gry w wykonaniu Jeziorowców. Grizzlies choć jeszcze w poprzednim sezonie byli ósmą ekipą na Zachodzie, a w pierwszej rundzie Playoffs odprawili z kwitkiem San Antonio Spurs, to w bieżących rozgrywkach nie prezentują się już tak dobrze i Lakers przystępowali do tego spotkania w roli faworyta. 

To wszystko jednak za sprawą kontuzji Zacha Randolpha i Darrella Arthura, czyli dwóch bardzo istotnych elementów w rotacji Memphis. Gdyby Lakers nie wykorzystali więc tego prezentu, w postaci osłabionej strefy podkoszowej Grizzlies, można by mówić o marnowaniu szans w meczach z niżej notowanymi rywalami. Jeziorowcom udało się jednak ostatecznie obronić swój teren po raz szósty z rzędu i była to jedna z niewielu jasnych stron tego widowiska. Lakers mogą mówić o ogromnym szczęściu, że ich ostatnimi rywalami byli Warriors i Grizzlies, a w kolejnych meczach zmierzą się jeszcze z Utah Jazz, Phoenix Suns i Cleveland Cavaliers, czyli trójką zespołów, które teoretycznie są słabsze od Los Angeles. Z taką grą jaką zaprezentowali w ostatnich dwóch spotkaniach, nie mieliby bowiem czego szukać w konfrontacji z najmocniejszymi ekipami tej ligi, czego dowiodła chociażby potyczka z Portland Trail Blazers sprzed kilku dni.

Podopieczni trenera Mike'a Browna po raz kolejny wykazali się niezdarnością w szanowaniu posiadanej piłki i ustanowili niechlubny rekord sezonu, popełniając aż 27 strat. Dla porównania, Grizzlies, którzy przecież to spotkanie przegrali, tylko 9 razy stracili piłkę. Lakers pozwolili jednak rzucić rywalom tylko 82 punkty, co może świadczyć o skutecznej defensywie, i owszem, była ona całkiem niezła w wykonaniu gospodarzy, ale obiektywniej jest przyznać, że to Grizzlies nie potrafili wykorzystać braku kontroli nad piłką przez Lakers i mieli po prostu zwichrowane celowniki tego wieczoru. Jeziorowcy nieźle sobie radzili gdy goście ze stanu Tennessee grali atak pozycyjny. Gdy Niedźwiadki przyspieszały tempo, wyglądali już jednak jak zagubione dzieci we mgle. W kontrataku Grizzlies zdobyli aż 31 ze swoich 82 punktów, podczas gdy Lakers w podobny sposób zdobyli ich tylko 10. Na szczęście dla Los Angeles, zespół prowadzony przez Lionela Hollinsa, nie był już tak skuteczny w ataku pozycyjnym i Grizzlies często pudłowali nawet te rzuty, do których obrona Lakers się spóźniała.

Nie wszystko wyglądało jednak tak źle w wykonaniu Lakers. Już sam fakt, że wygrali pomimo nienajlepszej gry zasługuje na wyrazy szacunku. Jeziorowcy wykorzystali osłabienie strefy podkoszowej Memphis, całkowicie dominując na tablicach po niecelnych rzutach i zgarniając z nich 53 piłki, na 34 w odpowiedzi gości. Lakers nadal słabo rzucali zza łuku, i choć 6/19 celnych trójek to lepiej niż w ostatnich dwóch meczach, to wciąż jest to wynik żenujący, a chwili obecnej, w całej NBA gorzej za trzy rzucają już tylko właśnie Grizzlies (1/9 w tym meczu).

Wyróżniającą się postacią na boisku był po raz drugi z rzędu Matt Barnes, który rozgrywając swój najdłuższy mecz w tym sezonie (35 minut), zdobył 15 punktów (2/3 za trzy), zebrał 10 piłek, a także zablokował 3 rzuty rywali. Czwarty mecz z rzędu na dobrej skuteczności rozegrał również Kobe Bryant, który tym razem trafił 11 razy na 22 rzuty z gry, co dało mu 26 punktów, a do tego dołożył aż 9 asyst, będąc pod tym względem najlepszym graczem na placu gry. Pod koszami prym wiódł duet Andrew Bynum (15 punktów, 15 zbiórek) i Pau Gasol (13 punktów, 15 zbiórek), choć ten pierwszy zagrał na bardzo słabej skuteczności trafiając tylko 5 z 14 rzutów. Z ławki dobrą zmianę dał Steve Blake, który zdobył 13 punktów. To wszystko to jednak tylko pozytywny dorobek zawodników Lakers w tym meczu. Po pięć strat zanotowali Derek Fisher, Andrew Bynum i Steve Blake, a po cztery dołożyli Kobe Bryant i Matt Barnes. Jedynym graczem, który wykazał się większą kontrolą nad piłką był Metta World Peace, który ani razu jej nie zgubił, ale on na parkiecie spędził tylko 12 minut.

Lakers są jedną z dwóch ekip w NBA, które w pierwszych piętnastu dniach sezonu rozegrały najwięcej meczów. Oprócz braku odpoczynku dochodzi jeszcze brak czasu na treningi i zamiast pracować w spokoju nad nowym systemem gry na sesjach treningowych, są zmuszeni robić to w praktyce. I właśnie w tym przyczynę obecnej formy Lakers, upatruje trener Mike Brown. Na zmęczenie narzekają również sami zawodnicy. „To ciężkie. Wolałbym się tak nie tłumaczyć... Ale jesteśmy zmęczeni i pozostaniemy zmęczeni. Wiedzieliśmy od początku, że będzie to dużym wyzwaniem. Wiedzieliśmy, że będziemy musieli stawiać czoła przeciwnościom na starcie sezonu. Ale wiemy również, że to później zaprocentuje. Dwa dni wolnego? To będzie szok dla naszych ciał.” – powiedział Pau Gasol.

A na wspomniane dwa dni wolnego Lakers poczekają jeszcze tydzień. Wcześniej rozegrają pięć spotkań w siedem dni, w tym dwa mecze back-to-back, z Suns i Jazz 10 i 11 stycznia oraz Cavaliers i LA Clippers 13 i 14 stycznia. Tydzień zakończą zaś meczem z Dallas Mavericks 16 stycznia. Na pocieszenie pozostaje fakt, że cztery z tych pięciu spotkań zostaną rozegrane na parkiecie hali Staples Center i tylko raz będą musieli podróżować do Salt Lake City. W roli gospodarza wystąpią jeszcze LA Clippers, ale jak powszechnie wiadomo, dzielą oni halę z Lakers i choć, to fani Clippers będą tego wieczoru stanowić większość na trybunach, to przynajmniej ominie ich wątpliwa przyjemność podróżowania do innego stanu.

Logowanie
Konferencja zachodnia
WP%GBSeriaDW
1Suns6418.7800.01
2Grizzlies5626.6838.01
3Warriors5329.64611.05
4Mavericks5230.63412.04
5Jazz4933.59815.01
6Nuggets4834.58516.01
7Timberwolves4636.56118.01
8Pelicans3646.43928.02