Warriors 90 - Lakers 97

0

Po ciężkim pojedynku z Portland Trail Blazers, Lakers zmierzyli się na własnym parkiecie z drużyną legitymującą się najgorszym bilansem w Dywizji Pacyfiku, a mianowicie Golden State Warriors. Choć był to najmniej wymagający rywal z dotychczasowych dziewięciu rozegranych meczy, to Jeziorowcy przez dużą część spotkania wyglądali jakby mieli ponieść kolejną w tym sezonie porażkę. W trzeciej kwarcie zrobili jednak z Warriors, to co uczynili z nimi Blazers noc wcześniej i ostatecznie obronili swój parkiet, wygrywając 97-90.

Gdyby jednak nie dominacja w trzeciej kwarcie spotkania, to swoje pierwsze wyjazdowe zwycięstwo w sezonie odnieśliby zapewne Wojownicy. W tej części meczu Lakers zagrali jednak z taką energią, jakby mieli kilka dni odpoczynku,  a nie, grali dzień wcześniej na trudnym terenie w Portland. Sam Kobe Bryant zdobył 17 ze swoich 39 punktów w trzeciej ćwiartce, dodając do tego m.in. rzut za trzy punkty równo z syreną kończącą tę część spotkania czy też asysty do Matta Barnesa i Steve'a Blake'a. Choć mogłoby się wydawać, że był to jeden z tych fragmentów meczów, kiedy reszta zespołu  przyglądała się tylko, co zrobi Kobe, to tym razem Bryant był tylko dyrygentem świetnie działającego kolektywu. Jeziorowcy zanotowali między innymi serię w postaci 18 zdobytych punktów, na 5 zdobytych przez Warriors. Dzięki temu obieli swoje pierwsze w meczu prowadzenie, którego nie oddali już do samego końca.

Jedna jaskółka jednak wiosny nie czyni i choć trzecia kwarta wyglądała w wykonaniu Lakers naprawdę imponująco, to już przez resztę spotkania nie prezentowali się tak dobrze. Pierwsza połowa meczu była wręcz żenująca w ich wykonaniu i gdyby przeciwnikiem nie byli tego dnia Warriors, to Lakers zbieraliby srogie cięgi. Jeziorowcy zaczęli od kontynuowania serii niecelnych rzutów za trzy punkty, która w połączeniu z ich wyczynami z poprzednich spotkań z Rockets i Warriors osiągnęła w pewnym momencie 22 niecelne trójki z rzędu. Fatalną passę przerwał w końcu Troy Murphy w drugiej kwarcie meczu, ale nie wiele to zmieniło gdyż w całym spotkaniu Lakers rzucali celnie tylko 3 razy na 11 prób za trzy. Lakers trafili również tylko 15 z 41 pierwszych rzutów z gry, a w samej pierwszej połowie meczu stracili 12 razy piłkę. Na szczęście dla nich, Warriors sekundowali im w tym brzydkim dla oka widowisku i po pierwszej połowie Lakers przegrywali tylko 35-39.

Po dominacji w trzeciej kwarcie, ostatnie 12 minut meczu były już wyrównane, z małą przewagą dla gości z Golden State, ale Lakers nie dali już sobie odebrać prowadzenia. Od stanu 91-82 dla Lakers, na dwie i pół minuty przed końcową syreną, Warriors udało się jeszcze dwa razy zmniejszyć dystans do czterech oczek, ale na mniej gospodarze nie pozwolili już się zbliżyć zawodnikom prowadzonym przez trenera Marka Jacksona. Wynik na 97-90 dla Lakers ustanowił dwoma celnymi wolnymi debiutant Andrew Goudelock.

Po raz trzeci z rzędu granicę 30 punktów osiągnął Kobe Bryant i znowu uczynił to na dobrej skuteczności. Tym razem lider Lakers zakończył występ z dorobkiem 39 punktów (13/28 z gry), 4 zbiórek i 7 asyst. Przypomnijmy, że w dwumeczu z Denver Nuggets, Kobe trafił tylko 12 z 46 rzutów z gry. Od tego czasu przed każdym meczem Bryant dostaje znieczulający zastrzyk w kontuzjowany nadgarstek. Efektem tego jest średnia 35,3 punktów w ostatnich trzech meczach, na dobrej skuteczności wynoszącej 49%.

Tym razem Kobe otrzymał największe wparcie w osobach Pau Gasola i niespodziewanie Matta Barnesa, który rozegrał najlepszy mecz w tym sezonie. Hiszpan był drugim strzelcem zespołu z 17 punktami, zdobytymi na skuteczności 8/15 z gry. Do tego dodał wszechstronne 11 zbiórek, 3 asysty, 3 bloki i 3 przechwyty. Matt Barnes z kolei dodał najwięcej w sezonie 16 punktów, a także zanotował 6 zbiórek i 5 asyst. Środkowy Andrew Bynum nie był już tak skuteczny jak w poprzednich spotkaniach, gdyż Warriors często go podwajali. Bynum kompletnie nie potrafił sobie z tym poradzić i trafił tylko 3 z 9 rzutów z gry, dodając do tego 4 straty. Dodatkowo gdy udało mu się już wymusić na rywalu przewinienie to był nieskuteczny na linii rzutów wolnych, trafiając tylko 3 razy na 8 prób. Mimo to obecność Andrew na parkiecie nadal przyniosła Lakers wiele korzyści. Bynum był bowiem najlepszym zbierającym na placu gry z liczbą 16 zbiórek, w tym 6 na atakowanej tablicy.

Przed kolejnym meczem z Memphis Grizzlies (8 stycznia), Jeziorowcy będą mieć dzień odpoczynku. Dwa dni później zmierzą się z kolei z drużyną Marcina Gortata, Phoenix Suns. Obydwa spotkania Lakers rozegrają na własnym parkiecie, gdzie do tej pory wygrali pięć z sześciu spotkań.

Logowanie
Konferencja zachodnia
WP%GBSeriaDW
1Suns6418.7800.01
2Grizzlies5626.6838.01
3Warriors5329.64611.05
4Mavericks5230.63412.04
5Jazz4933.59815.01
6Nuggets4834.58516.01
7Timberwolves4636.56118.01
8Pelicans3646.43928.02