Aktualności


Sezon zasadniczy – podsumowanie
2013-04-21 19:02:00 | autor: Patryk Mańka | Komentarze [2]

Tagi: lakers, sezon 2012/2013

Los Angeles Lakers 2013 miał być i jest pierwszym projektem w historii nowożytnej koszykówki, w którym nagromadzono tyle gwiazd w jednej drużynie. Po 82 meczach sezonu zasadniczego nadszedł czas, aby ocenić, podsumować, opisać, przeanalizować i wyciągnąć wnioski, co dalej będzie się działo w Mieście Aniołów, a przynajmniej chociaż w drobnym stopniu spróbować prognozować przyszłość. Bilans 45-37 i siódme miejsce, to identyczny wynik z tym sprzed siedmiu lat, kiedy to Kobe Bryant wprowadził do Playoffs grupę graczy, o których teraz nikt nie pamięta.

Mitch Kupchak wykonał podczas zeszłorocznych wakacji świetną robotę, w oczach ekspertów, kibiców i tak naprawdę tylko nieliczni ludzie, którzy bynajmniej z Los Angeles Lakers nie sympatyzowali, zwiastowali nieudany sezon. Niemniej jednak oczekiwania i cele były i są jasno sprecyzowane, a tymi są zdobycie mistrzostwa i przekazanie pałeczki z rąk Kobego Bryanta do Dwighta Howarda. Za sterami tego okrętu zasiadał Mike Brown, który miał poukładać nowe elementy, które otrzymał w jedną, spójną całość.

Tymczasem już po pięciu meczach Brown został wyrzucony za burtę. Wiele osób wietrzyło i zwiastowało powrót Phila „Zen Mastera” Jacksona. Mało tego, mieliśmy nawet informację, o tym iż popularny Jax na 95% ponownie podejmie się pracy w Kalifornii. Jak wszyscy wiemy szefostwo klubu nie dogadało się z jednak Jacksonem w sprawach dotyczących kwestii finansowych i niemalże z marszu podpisano 4-letni kontrakt z Mike’m D’Antonim, który na konferencji prasowej wydawał się najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi, co nie powinno dziwić zważywszy na blamaż w jego wizerunku po totalnym niewypale, podczas jego pracy w New York Knicks.

Mike Brown zarówno podczas preseason jak i w pięciu meczach sezonu zasadniczego zwracał uwagę na defensywę. To co gnębi Lakers do dziś, to przede wszystkim transition defense. Szybki atak, to do tej pory najlepsza broń na wolnych Jeziorowców, którzy niezbyt ochoczo wracają do obrony, nie mówiąc już o szybkim postawieniu szyków obronnych. Dziury w obronie pokrywać miał Dwight Howard, jednak jego forma fizyczna przez długi czas nie pozwalała mu na to. Dopiero po Weekendzie Gwiazd Howard w znaczącym stopniu odzyskał to, z czego był znany od pierwszej chwili, gdy wchodził do ligi.

Przyjście nowego szkoleniowca spowodowało zmianę filozofii gry, która zakończyła się klęską. Lakers próbowali grać szybko i „przerzucić” rywali, jednak skutkowało to tym, iż Jeziorowcom rzadko kiedy udawało się to zrobić. Strzelaniny z Rockets, Warriors, czy Nuggets to flagowe przykłady niedopasowania stylu prowadzenia zespołu Mike’a D’Antoniego, do personelu jaki posiada. Po 32 meczach (12-20), w tym po czwartej przegranej z rzędu, 23 stycznia po meczu z Memphis Grizzlies widząc, że obecna gra nie przynosi efektów, zawodnicy, trener i zarząd odbyli wspólne spotkanie, które miało zmienić oblicze Lakers i pozwolić im objąć kierunek, który da szansę na uratowanie sezonu, który w tamtym momencie wydawał się kompletnie stracony.

Mike D’Antoni wierzył również w powrót Steve’a Nasha, ale gdy Kanadyjczyk już wrócił, to próba odciążenia Kobego Bryanta spaliła na panewce, ponieważ problem sięgał głębiej, a w pomeczowych wywiadach szkoleniowiec Lakers nie wiedział w czym on tkwi. Jednak po wspomnianym spotkaniu, Kalifornijczycy spowolnili nieco grę i liczba meczów w którym rywale przekraczali 100 punktów delikatnie spadła. Pau Gasol po kilku spotkaniach mówił, że to, co grają Lakers to nie jest systemem Mike’a D’Antoniego, a próbą maksymalizowania przewag i korzyści, jakie każdy zawodnik wnosi na parkiet. Co ciekawe nikt nie podważał sensowności zatrudnienia Mike’a D’Antoniego, a sam Mitch Kupchak w niedawnym wywiadzie, pochwalił jego elastyczność i zdolność do adaptowania się w nowych warunkach. Na ile oświadczenie o planach długoterminowych związanych z dżentelmenem z wąsikiem są powiązane z  kwestią finansową, nie jesteśmy w stanie powiedzieć, ale nawet Lakers nie stać na to, aby wypłacać pokaźnych sum dwóm trenerom, za wylegiwanie się na plaży (to pewnie teraz robi Mike Brown, licząc dolary spływające na jego konto).

Fakt jest jeden, a mianowicie Jeziorowcy od tamtej pory zanotowali bilans 28-12, co wygląda naprawdę nieźle. Największy wpływ na powyższe wydarzenia miał wzrost formy podkoszowych graczy tj. Pau Gasola i Dwighta Howarda. Obaj po przerwie związanej z Weekendem Gwiazd zaczęli grać tak, jakby sobie tego wszyscy życzyli. Przede wszystkim ich postawa w defensywie i na desce znacząco przyczyniła się do 8 zwycięstw z puli dziewięciu ostatnich rozegranych meczów.

Jeśli chodzi o defensywę to progres w tej dziedzinie bardzo dobrze obrazuje skuteczność rywali w ostatnich trzech meczach, a ta wynosi 42,2% co jest wynikiem zbliżonym do osiągenego przez Indiany Pacers (42%), którzy w tym elemencie są na pierwszym miejscu w lidze.. Przeciętnie Lakers w tym sezonie zatrzymywali swoich oponentów na 45,3% z gry (14-te miejsce). Co warte uwagi, ostatnie trzy starcia rozegrane były przeciwko dobrym i bardzo dobrym ofensywom, którymi są Houston Rockets, San Antonio Spurs i Golden State Warriors. Oczywiście, że część obserwatorów jako przyczynę podaje słabsze dni Ostróg i Rakiet, ale mimo to nie należy lekceważyć takich danych. Zwłaszcza jeśli pamiętamy, iż tę drużynę prowadzi Mike D’Antoni.

Nie byłbym sobą gdybym nie przypomniał, iż Mike na swoim koncie nie ma dobrej drużyny w defensywie. Chociaż w sezonie 2006/2007 udało mu się zbudować poniekąd 13-tą defensywę w lidze. Ówcześni Suns tracili średnio na 100 posiadań 106,4 punktów, jednak ze względu na system run’n’gun, który wiąże się z szybkim tempem gry (w tym wypadku trzecim w lidze) Słońca traciły blisko 103 punkty na mecz, co było 23-ecim wynikiem, czyli plasującym jego drużynę w dole rankingu. W pozostałych przypadkach jego drużyny pod względem obu tych wskaźników klasyfikowały się w trzeciej dziesiątce.

Lakers po zakończonych rozgrywkach to 20-ta ekipa pod względem DRTG (liczba traconych punktów na 100 posiadań) i 22-ga pod względem traconych punktów na mecz. Pod wodzą Mike’a D’Antoniego Lakers rozegrali 72 spotkania. Jeśli za punkt przełomowy uznamy spotkanie z Memphis, to średnio w pierwszych 32 meczach Lakers tracili 103,46 punktów, zaś w 40 kolejnych już tylko 100,52 punktów. Przy czym należy pamiętać, że w drugiej części Jeziorowcy dwukrotnie grali dogrywki, zaś w pierwszej tylko raz, co również wpływa na korzyść defensywy z drugiej części sezonu. Bardzo mocna pod względem obrony była końcówka sezonu. W ostatnich dziewięciu meczach Lakers pozwalali przeciwnikom zdobywać tylko 96,78 punktów w meczu. Związek przyczynowo-skutkowy jest prosty – zwyżka formy wysokich graczy. Choć nie można przykładać znaczącej uwagi do tych danych, gdyż próbki są stosunkowo małe i należałoby wziąć pod uwagę poziom przeciwników, to jednak zbudowana linia trendu, pozwala zaobserwować tendencję spadkową, co przedstawi poniższy wykres.

      

Dodatkowym czynnikiem jaki należałoby wziąć pod uwagę są kontuzje, a tych w Lakers było co nie miara. Należy pamiętać, iż na wiele spotkań wypadł Pau Gasol, parokrotnie mecze opuszczał Dwight Howarda z powodu urazu barku. Steve Blake, który zastępuje kontuzjowanego Steve’a Nasha również ma pozytywny wpływ w kontekście defensywy. Z kolei pewne wahania należy również uwzględnić w kontekście wypadnięcia z gry Jordana Hilla, który miał duży wpływ na obronę poprzez zbiórki, a do tych Hill miał przysłowiowego „nosa”. Po jakimś czasie ta strata została zrekompensowana dzięki cudownemu odnalezieniu na ławce Earla Clarka, który przebojem zaprezentował swoje umiejętności i  z powodzeniem potrafi kryć zawodników z niemalże każdej pozycji, dzięki kombinacji swoich warunków fizycznych i mobilności.

Z resztą pojawienie się Clarka niemalże znikąd potwierdza tylko uprzedzenia D'Antoniego do młodych i niesprawdzonych graczy. Casus Jordana Hilla w New York Knicks pokazuje to w sposób równie dobry. Będąc pierwszoroczniakiem Hill grał w Knicks w czasie, kiedy to obecny szkoleniowiec Lakers prowadził ekipę z Nowego Jorku do kolejnych porażek. Wąska rotacja i długie minuty pierwszego składu to problemy, które znane są fanom Złota i Purpury i wielu z nich, winą za kontuzję Kobego Bryanta, obciąża własnego trenera na ławce Jeziorowców.

Kolejną część w podsumowaniu chciałbym poświęcić Bryantowi, który w heroicznym boju z Golden State Warriors zerwał ścięgno Achillesa. Kończący w tym roku 35 lat Kobe rozegrał bardzo ciekawy sezon. Statystycznie jeden z lepszych od lat, fizyczna dyspozycja również wywoływała podziw w oczach ekspertów i do czasu kontuzji Bryant wydawał się oszukiwać małżeństwo pod tytułem Ojciec Czas i Matka Natura. 27,3 punktów, 6 asyst, 5,6 zbiórki, 1,4 przechwytów na mecz to statystyki lidera drużyny z Miasta Aniołów. Pod wieloma aspektami był to sezon lepszy niż przeciętny z 17-letniej kariery Black Mamby. Jednak niektórzy obserwatorzy wyraźnie zaznaczali fakt monopolizacji gry Kobego, zwłaszcza w końcówkach, gdzie Lakers nie mieli innego sposobu na rozegranie piłki, aniżeli podać ją i patrzeć, co wymyśli Bryant. Kończyło się to różnie, choć na początku sezonu, częściej źle, aniżeli dobrze. Wystarczy przywołać pamiętne statystyki o bilansie Lakers, kiedy to Kobe zdobywał +30 punktów.

Nieraz dane nam wtedy było oglądać wcielenie Magic Mamby, a Bryant zbliżał się wielokrotnie do rekordu asyst w swojej karierze. Widać tutaj pewne zrozumienie gry ze strony Kobego. 10 z 11 spotkań, w których notował 10 i więcej asyst rozegrało się w drugiej połowie sezonu tj. od meczów numer 43 do 78. W pierwszej połowie rozgrywek tylko raz (w 10 meczu) Bryant zanotował 11 podań otwierających drogę do kosza swoim kolegom z zespołu. Oczywiście na to jak grał Kobe wpływ miała także aktywność jego kelogów, a ta jak pamiętamy na początku sezonu nie wyglądała dobrze, zarówno u Pau Gasola jak i Dwighta Howarda. Potrzebne było także zgranie, co przy zmianach trenerskich również nie było pomocne. Koniec końców, im bliżej kwietnia, tym grający w złoto-purpurowych uniformach zawodnicy zaczęli się co raz lepiej porozumiewać na parkiecie.

Media niestety nie były zbyt pomocne. Wokół Howarda i Bryanta wietrzono konflikt od początku pojawienie się tego pierwszego w Los Angeles. Palmy pierwszeństwa Kobe nie miał zamiaru oddawać od Media Day, gdzie podkreślił, że jest to jego drużyna, ale ma zamiar zrobić wszystko, aby w przyszłości była ona Dwighta. Spotkało się to z różnymi reakcjami, jednak należy pamiętać, iż koszykówka to gra zespołowa, a Bryant stawiając sytuację, tak jak to uczynił, nie pomaga zbudować atmosfery, gdzie każdy jest odpowiedzialny za to, co dzieję się w zespole. W pewnym stopniu próbował to robić Steve Nash, który jest wzorem lidera, który potrafi podzielić się odpowiedzialnością za wyniki z każdym z zawodników. W jednym z wywiadów Kanadyjczyk powiedział, iż drużyna będzie po trochu Kobego, Dwighta, jego, Pau Gasola itd.

Z drugiej jednak strony ,od zawodników NBA można oczekiwać dojrzałego zachowania. Dorośli ludzie wiedzą, co mają robić, jeśli ktoś chce przejąć stery w drużynie, to niech to udowodni na parkiecie. Dwight Howard z początku rozgrywek takim zawodnikiem na pewno nie był. Nawet biorąc pod uwagę kontuzję widać było, że jego zaangażowanie nie wynosiło na 25%. Pomijając wszelkie prywatne animozje, należy przede wszystkim pamiętać, że koszykarze w swoich klubach pracują i dostają za swoją pracę wynagrodzenie. Dlatego też mamy wszelkie prawo, aby wymagać od nich 100% poświęcenia w każdym meczu, niezależnie od tego, czy lubią partnerów w drużynie czy też nie.

Po zerwanym Achillesie Kobego, środkowy Los Angeles Lakers już niedługo będzie mógł udowodnić swoje aspiracje i wartość jako lider drużyny. Zarząd klubu liczy, że Howard będzie w stanie udźwignąć ten ciężar. Co ciekawe D12 wypowiadał się w bardzo pozytywnym tonie na temat tego, jak wiele wyciągnął, ucząc się przywództwa od Kobego Bryanta. Możliwe, że cały zgiełk wywołany wokół konfliktu tych dwojga, jest po prostu „magią wielkiej aglomeracji”. W tej kwestii prawdy nigdy się nie dowiemy. Z resztą podobnie było w przypadku Shaquille’a O’Neala i Bryanta, gdzie nawet książka autorstwa tego pierwszego, nie rozwiewa wątpliwości wokół sporu jednego z najlepszych koszykarskich duetów wszechczasów.

Czy Dwight będzie w stanie podołać temu zadaniu? Wydaje mi się, że nie, zarówno pod względem charakteru, jak i przede wszystkim umiejętności w ataku. Mierzącemu 211 centymetrów środkowemu brakuje czegoś, by stać się naprawdę dominującym graczem. Jednak mając za swoim plecami Pau Gasola, zespół ten nie jest na straconej pozycji. Ostatnie występy Katalończyka były tak dobre (zwłaszcza te z triple-double na jego koncie), że Kobe Bryant zapytał retorycznie na Twitterze, czy rozważania na temat wymiany Gasola mogą się wreszcie zakończyć. Dzięki zdolnościom jakie zdrowy Pau posiada, możliwości jest naprawdę wiele. Jednak oprócz zdrowia czynnikiem napędzającym ten zespół, jest poprawa współpracy dwójki podkoszowych. Potrzeba było ponad 70 meczów, aby obaj mogli grać pod koszem, a Gasol nie musiał stać na dystansie próbując nieudolnie imitować stretch four (rozciągającego grę silnego skrzydłowego). Stosując zagrywki z systemu Horns, Gasol przebywając na wysokości trumny, dzięki swojemu przeglądowi pola świetnie znajduje wolnych kolegów na dystansie, czy rotującego pod kosz Howarda. Umiejętności podawania Gasola maskują braki w ataku Howarda, zaś obrona Dwighta maskuje braki szybkościowe Hiszpana. Widzieliśmy już jak Superman przejmował szybszych podkoszowych rywali, a Gasol zajmował się tymi wolniejszymi, nad którymi i tak ma przewagę warunków dzięki swojemu wzrostowi i długim rękom.

Najzabawniejsze w tym wszystkim jest to, że niemalże zerowy udział ma w tych działaniach Mike D’Antoni. Już będąc kontuzjowanym Bryant wykonał telefon do Gasola w przerwie meczu, aby ten grał tak jak robi to teraz, czyli spędzał dużo czasu w pomalowanym i się stamtąd nie ruszał. Może inteligencja graczy wystarczy do tego, aby coś osiągnąć. Z Bryantem u sterów sytuacja byłaby z pewnością łatwiejsza na chwilę obecną, ale może dzięki jego fizycznej nieobecności (bo duchem na pewno będzie z nimi) w trakcie Playoffs pozostali gracze nabiorą tej pewności siebie, której Kobemu nigdy nie brakowało.

  

Pomijana przez długi czas w tym artykule była postać Steve’a Nasha. Darzony przeze mnie sympatią Kanadyjczyk, wydaje się być z perspektywy czasu chybionym ruchem. Nash rozegrał zaledwie 50 spotkań, co jest drugim najgorszym wynikiem w jego karierze, a jego wkład w grę nie był taki jakiego wszyscy oczekiwali. Po pierwsze Bryant nie jest na tyle młodym zawodnikiem, aby móc biegać przez cały czas prowadzenia akcji, by uwolniać się spod opieki obrońców. Prawda jest taka, że nie można zbudować mistrzowskiego zespołu na dwóch wolnych obwodowych (a dodając do tego Mettę World Peace’a trzech). Ekipie z Los Angeles potrzebny jest ruch, szybkość, młodość i atletyzm. Nie można mieć zbyt wielu kreatorów na boisku. Pau mobilnością nie grzeszy, dodając do tego Nasha, Bryanta i World Peace’a można zauważyć, że to nie może funkcjonować idealnie. Kreatorów jest stanowczo za dużo, a za mało zawodników, którzy byliby w stanie wykorzystywać generowane przez nich sytuacje do zdobycia punktów.

Wiekowy obwód odbija się także na defensywie i między innymi dlatego zrezygnowałbym z usług World Peace’a i Nasha. Kanadyjczyk to duże obciążenie finansowe. 9 milionów na sezon, przy jego 3-letnim kontrakcie daje 27 milionów i w dalszej perspektywie schorowanego 40-latka, który w tym sezonie nie potrafił rozgrywać pick-and-rolli z Dwightem Howardem, na które wszyscy liczyli, których wszyscy się spodziewali, które miały być główną bronią tego zespołu. Ostatnią szansą dla Nasha będą czekajace nas Playoffy. Jeśli nawet teraz bez Kobego, Steve nie będzie w stanie współpracować z Howardem na wysokim poziomie, to Mitch Kupchak powinien zrobić wszystko, aby się go pozbyć najlepiej za wybory w drafcie, bądź jakichś młodych graczy. Zapytacie zapewne dlaczego chciałbym się pozbyć World Peace’a, który rozgrywa w Lakers swój najlepszy sezon?

Odpowiedź jest prosta, za rok Metta World Peace będzie miał 34 lata i lepszy nie będzie. Niestety dla Lakers jego kontrakt ma opcję zawodnika, z której MWP na pewno skorzysta. Niemniej jednak ograniczyłbym jego rolę do minimum. Na poziomie Playoffs, nie jest to już zawodnik, który ograniczy najlepszych obwodowych jak James czy Durant, a jego właściwości są zabójcze dla ataku Lakers. Mimo swoich zalet niegdyś znany jako Ron Artest niski skrzydłowy lubi zbyt długo przetrzymywać piłkę i oddawać rzuty, których nie powinien. Notabene nie jest on także wybitnym strzelcem z dystansu, a takiego na pozycji numer trzy potrzebują Jeziorowcy.

Jeśli chodzi o rezerwowych, to żałuję, ale niewypałem okazał się być Jodie Meeks. Powiecie pewnie, że dysponuje rzutem z dystansu i … i właśnie, tak naprawdę niczym więcej. W obronie ten młody człowiek nie potrafi nic, ilość kontr, które zepsuł powodowała u mnie palpitacje serca. Pojedyncze mecze, w których seriami trafiał za 3, bądź niedawny wsad, który przejął momentum spotkania nie mogą zasłaniać całkowitego obrazu Meeksa. Pochwalić za to należy Antawna Jamisona, który mimo swojego wieku, gra naprawdę przyzwoicie. Jego grę w ataku ogląda się z przyjemnością, to jak uwalnia się na pozycje i znajduje miejsce do oddania rzutu wzbudza podziw. Fakt, że jego obrona pozostawia wiele do życzenia, jednak należy pamiętać w jakim charakterze został tu sprowadzony. Na szczęście dla niego w tym sezonie kontuzjowany był Jordan Hill. Niestety obawiam się, że Antawn przy objawieniu Clarka i powrocie Jordana będzie zmuszony grzać ławkę rezerwowych. Niemniej jednak nadal jest wartościowym graczem, który może być kartą przetargową w jakiejś wymianie. Nielubiany przeze mnie Steve Blake, który wrócił po operacji mięśni brzucha zaskoczył mnie w końcówce sezonu absolutnie. Tak grającego Blake’a biorę w ciemno na pozycji rozgrywającego w miejsce Steve’a Nasha. Czy taką formę jest w stanie utrzymać 32-letni tymczasowo pierwszo-piątkowy rozgrywający? Tego nie wiem, ale jedno jest pewne – jego wartość wzrosła, a dziura pod względem obrony rozgrywających nadal istnieje. Należy pamiętać, że w koszykówce skutecznie można załatać jedną dziurę, którą w Lakers będzie niezmuszający się do nadmiernego wysiłku w obronie Kobe Bryant. Gdyby ktoś chciał to negować, to z góry muszę potwierdzić fakt, iż Bryant potrafi nadal zagrać 1 na 1 w obronie, co udowodnił chociażby przeciwko Kyrie Irvingowi, Brandonowi Jenningsowi czy LeBronowi Jamesowi podczas meczu gwiazd. Jednak jego gra w tzw. team defense i rotacja przy swoim graczu jest okropna, przez co Lakers wielokrotnie tracili punkty.

Obecny sezon dał nam kilka odpowiedzi, których się spodziewaliśmy i których się nie spodziewaliśmy. Na tę chwilę eksperyment Howard-Nash nie wypalił. Kobe Bryant miał do czasu kontuzji sporo paliwa w nogach. Motywacji do udowodnienia sobie i kibicom, że może wrócić po urazie ma aż nadto. Mike D’Antoni powiedział, iż Bryant prawdopodobnie wróci na pierwszy mecz sezonu 2013/2014. Pau Gasol odżył i wykorzystuje swój potencjał jako point forward. Kompletnej przebudowy wymagają pozycje numer 1 i 3. Dla Lakers idealny byłby ktoś pokroju Mike’a Conley’a z Grizzlies, który dysponuje dobrą obroną i potrafi coś zrobić w ataku, choć nie jest w tym elemencie kimś, kto mógłby poprowadzić zespół, co z resztą widzieliśmy w ostatnim meczu, gdzie Conley przestrzelił 2 proste layupy. Jednak swoją szybkością i atletyzmem mógłby wchodzić pod kosz i dobrze bronić rozgrywających oponentów. Grizzlies już raz zrobili prezent Jeziorowcom oddając im Pau Gasola, więc kto wie czy drugi raz ta sztuka się nie uda. W końcu Mitch Kupchak nie takich transferów już dokonywał. Na pozycji niskiego skrzydłowego widziałbym kogoś w stylu 5 lat młodszego Tayshauna Prince’a, czyli gracza z obroną i dobrym rzutem z dystansu.

82 za mecze za nami, ile przed nami? Kto wie, być może wiele z tego, co napisałem pozostanie mi odszczekać i wrócić z podkulonym ogonem wraz z  przepraszającym tonem, kolejnego artykułu. Tej drużynie nie potrzeba wiele, ale pewnych rzeczy przeskoczyć się nie, dlatego bez usprawnień Lakers nie przeskoczą na mistrzowski poziom. Chcąc nie chcąc, małżeństwo Lakers-D’Antoni trwać będzie nadal, stąd zapotrzebowanie na defensywnie usposobionych rozgrywających i niskich skrzydłowych jest w Mieście Aniołów tak duże. Cokolwiek się zdarzy, życzę sobie i fanom Złota i Purpury, aby w następnym sezonie zawodnikom w Kalifornii dopisało przede wszystkim zdrowie, bo tego w tegorocznych rozgrywkach zabrakło najbardziej, przez co zgranie drużyny opóźniało się do granic możliwości.

Więcej świeżych informacji o Los Angeles Lakers znajdziesz na naszym fanpage'u na Facebooku.

Komentarze [2]

round

"Los Angeles Lakers 2013 miał być i jest pierwszym projektem w historii nowożytnej koszykówki, w którym nagromadzono tyle gwiazd w jednej drużynie"

Uważam, że sezon 2003/2004 w LA był bogatszy pod względem nagromadzenia gwiazd.

janolek18

Go Lakers Game 1

Aby komentować artykuły na stronie musisz być zalogowany

Lakers.pl on Facebook

Polub nasz profil:

Logowanie / Rejestracja

Zapamiętaj

REKLAMA

Konferencja Zachodnia

TeamWP%GBSeriaDW
1Warriors6114.8130.0W931-430-10
2Spurs5717.7703.5L129-828-9
3Rockets5123.6899.5L128-1023-13
4Jazz4629.61315.0W225-1221-17
5Clippers4531.59216.5W125-1220-19
6Thunder4331.58117.5W227-1016-21
7Grizzlies4134.54720.0W122-1419-20
8Trail Blazers3638.48624.5W420-1516-23
Zobacz pełną tabelę

Ostatnie komentarze użytkowników

Wojt: Kolejna reaktywacja strony? Może tym razem się uda :)

D'Angelo Russell kontuzjowany Komentarz opublikowany: on 30/1/17

Wojt: Się wzięło i zacięło :(

 Komentarz opublikowany: on 8/12/16

Łukasz: Jakby Denga udało się upchać gdzieś przed wypełnieniem kontraktu to byłoby mistrzostwo!

Jastrzębie pokonane! – Hawks 94 – Lakers 109 Komentarz opublikowany: on 7/12/16